czwartek, 22 października 2015

Porządki, któreś tam z rzędu

Jak w tytule, po raz kolejny wzięłam się za sprzątanie na blogu. Takie małe malutkie, tyci tyci. Skoro i tak nie zajmuję się tym, czym powinnam (czyli uczeniem się i przygotowywaniem do specjalizacji), a zamiast tego siedzę i czas marnuję (nie powiem na co, bo sama nie wiem, gdzie tak leci) między innymi na legendę, na czytanie, na szlajanie się po necie, na bujanie w obłokach, na pisanie z cyklu zaczęte nie skończone.
A co do cyklu - stwierdziłam, że nie ma co ze sobą walczyć. Historie się plączą po głowie, żyć nie dają, a tym bardziej spać. A tak zacznę i mam spokojną głowę. Opowieść zaszufladkowana, zapomnieć nie zapomnę, więc może się ode mnie odczepić. Stwierdziłam, że nie ma bata, bym się zmusiła do jakiejkolwiek systematyczności, a odwlekanie wszystkiego na później też wielkiego sensu nie ma. Poza tym i tak tu praktycznie nikt nie zagląda, więc cisza i spokój, wystarcza więc, że ja spamuję innym. 
I chyba znów zmienię wizerunek szablonu. Dziewczę urokliwe spojrzenie ma, ale patrzy na mnie z taką dezaprobatą... cóż z tego, że ma rację. Wielkie rzeczy, Ameryki nie odkryła. Leń jestem i się to raczej nie zmieni.
Wracając do porządków na blogu, mam w planach wywalić też kolejną zbędną zakładkę - Inspiracje. Muszę jednak poczekać, aż jej zawartość wskoczy w Zaczęte, nie skończone.
Inszości zostaną, no bo cóż z tym zrobić, od czasu do czasu poczytuję to, co mam czytać. szybkiego tempa to nie mam niestety.
Ehh... tyle rzeczy jest, które powinnam zrobić, a które odwlekam, że głowa mnie zaczyna boleć od samego myślenia o tym. Stara a głupia... inaczej się powiedzieć nie da.
A tymczasem, mam jeszcze chwilkę czasu nim spać wybędę. Może jeszcze pobujam tu i ówdzie.

Łzy Pani


                 Z cyklu zaczęte, nie skończone...


1

Gdy Pani piękna na lud swój spojrzała
Wnet gorzkim płaczem tu zapłakała
Gorycz i ból ich przyjąć zechciała
Tak od cierpienia uwolnić ich miała
Jednak wszystkich kolei losu nie znała
Na nic chęć jej pomocy się zdała
Zatem w zadumie pogrążyć się chciała
I więcej mocy wydobyć z ciała
Tak więc na wzgórzu po dzień dziś została
W kamień zmieniona nadal czekała

Pomóż swej Pani, ulżyj cierpieniu
Zmień losów tory, by nabrać pokory
Spójrz na łzy pani, co żłobią twarz smutną
Posmakuj z nią bólu, lecz strzeż się jednego
Pamiętaj o sercu…

wtorek, 1 września 2015

Skrzydła

Z cyklu zaczęte, nie skończone...


1

— Mamo!
— Tak, słoneczko?
— Pomożesz mi? Chciałam narysować skrzydła. Pokażesz mi swoje?
— Ależ słonko, widziałaś je już tyle razy.
— Mamo, proszę…
— No dobrze kochanie. Ale mam nadzieję, że nie będę musiała pozować. Muszę skończyć przygotowanie posiłku na dzisiejszą uroczystość.
— Wiem mamo, tylko na chwilkę, proszę.
Posiadanie skrzydeł zawsze miało swoją cenę, a Bethea do tej pory nie pogodziła się z tym, że cenę tę musiała płacić córka. Nigdy nie odmawiała jej, pragnąc obdarować ją tym wszystkim, czego nie będzie mogła zaznać później w życiu. Poza tym Raissę zawsze cieszyły drobne rzeczy, wywołując uśmiech na twarzy. Zdjęła wierzchnią pelerynkę chroniącą delikatne skrzydła, po czym powoli rozłożyła je, odwracając się jednocześnie ku oknu, tak by padały na nie promienie słońca. Zawsze była dumna ze skrzydeł, najpiękniejszego daru jaki w życiu otrzymała. Prócz córek oczywiście.
— Czy tak może być kochanie?