poniedziałek, 5 stycznia 2015

Lepiej późno niż...

Jak to mówią, lepiej późno niż wcale. A ja się jak zwykle zbieram w sobie... długo. Planowałam wcześniej dać małe podsumowanie, a raczej małe przemyślenia odnośnie minionego roku. Wyszło jak wyszło, czyli piszę dopiero dzisiaj. 
Poprzedni rok przeleciał szybko, choć bywały momenty, że czas się dłużył. Był to przede wszystkim rok przeczekania... bo wiele rzeczy i spraw odłożyłam na później. Jedne z konieczności, inne z wyboru a inne... no cóż, z niechcenia robienia. Wierzę, że na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce, i czasami po prostu trzeba przeczekać gorsze chwile, a nie dalej brnąć w zaparte pogarszając jedynie sytuację. Był to też rok małych kroczków... powoli a do celu. I uczył cierpliwości. Do rodziny, do pracy - choć tu akurat bez większego efektu niestety. Również do własnych planów odnośnie moich "snów na jawie". 
Wiem jednak, że warto czekać na odpowiedni moment, uchwycić go i wykorzystać jak trzeba. A potem... potem już do przodu realizując cel. 
Nowy Rok  się zaczął, pora ruszyć do przodu i przestać się opier...dzielać. Dość czekania :).

Ale optymistka ze mnie dzisiaj. Jutro mogę być już realistką, a po jutrze jedynie pesymmistką, z cieniem nadziei na lepszy czas. 

Właśnie zobaczyłam ile już lat prowadzę bloga, łącznie ze starym blogiem, to 4 lata będzie. Aż się zdziwiłam... 

sobota, 29 listopada 2014

Dawno temu...

O matko, jak dawno tu pisałam cokolwiek. Naprawdę, mam coraz mnie zapału do pisania tutaj, ale bynajmniej nie zamierzam kończyć z blogiem. Po prostu, bo ja wiem, przyjdzie pewnie kiedyś lepszy czas na pisanie. Ten rok był do dupy, chociaż może za wczas jeszcze na podsumowania.  Ten rok, jak i poprzedni, był chyba pod tutułem: zebrać się do kupy i przeczekać co złe. Nie mogę powiedzieć, by szło mi to jakoś dobrze, raczej dość opornie. Ale... metoda małych kroczków chyba się sprawdza, chyba. Wiem, że potrafię się spiąć w sobie, gdy jest taka potrzeba, np. jak trzeba było się dostać na specjalizacje, to się dostałam (ale wciąż nie wierzę, dobrze że umowa jest jako dowód). Nie o to jednak chodzi, by mieć co jakiś czas zryw do działania, ale by działać codziennie... a ja z tym mam największy problem. Zbyt wiele czasu tracę na pierdoły, co gorsza, mam tego świadomość i to mnie tym bardziej dobija. Nic na siłę jednak, wiem po sobie, że im bardziej się zmuszam, tym gorzej mi wychodzi. Na wszystko przyjdzie czas, tyle czasu czekałam... się doczekam :).
Z najwiekszych problemów zostały jeszcze finansowe, ale nadal się wzbraniam przed szukaniem drugiego etapu, wtedy w ogóle nie byłoby mnie w domu, a nadal mam nadzieję (małą bo małą, ale jednak) na powiększenie rodziny. Nie ma co narzekać, będzie co ma być i tyle.
Z dobrych rzeczy to w końcu mamy nowy net (zobaczymy czy się lepiej sprawdzi) i mam wyczyszczony i sformatowany lapek (hip hip hurra!) w końcu. Będzie można nareszcie coś działać, bez obaw, że zaraz wszystko szlag trafi. No, i już mi nieco lżej na duszy. Powoli powoli, ale do celu :).
Będzie dobrze, musi być. 

niedziela, 31 sierpnia 2014

Gardya Basmiren


Jako, że ostatnio mam niemal stałego dołka jeśli chodzi o jakiekolwiek pisanie, daję coś nowego. Na zasadzie, by udowodnić sobie samej, że jeszcze cosik skrobnąć potrafię. Cóż z tego, że w głowie jest już kilka części, skoro nie potrafię siąść i napisać kilku zdań... kicha i tyle. Mimo wszystko, kiedyś może nadejdzie ten czas i skończe wszystko co zaczęłam. I będzie dobrze. 
Tekst króciutki, zaledwie wstęp. Kiedyś już wspominałam o Gardyi.



Wstęp

Czy gdziekolwiek może być piękniej niż tutaj? Spokój jaki tu panuje... niczym nie zmącona cisza.
Leśne zacisze kończy się tuż nad brzegiem jeziora. Tafla wody delikatnie faluje, poruszana przez chłodny wiatr. Gdzieniegdzie leniwie płyną opadłe z drzew liście, przypominając światu o nadchodzącej jesieni. Stary las już od wieków sprawuje pieczę nad tymi terenami i… nad jeziorem. Przybyła tu garstka ludzi, zaledwie kilku przerażonych ludzi. W pośpiechu zostawili coś i odjechali, nie oglądając się ani razu za siebie. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Las umilkł, a jezioro zamarło.
Cisza. Nie zakłócona choćby jednym trelem ptaka. Nic. Jedynie wiatr baraszkujący w szuwarach, a i to ostrożnie, by nie zbudzić śpiącego zła. Urocze niegdyś miejsce, teraz przeklęte, wymarłe. Zwierzyna pierzchła, instynktownie trzymając się z dala. Było tu coś, co nie powinno być. Kto nie usłuchał instynktu i zawędrował aż tutaj, zwykle nie dostawał drugiej szansy.
Ojcze! - niemy krzyk. Jedynie ktoś obdarzony wyjątkowym zmysłem mentalnym mógłby go usłyszeć. Nikogo takiego jednak tu nie było.